750 stron nurzania się w niedoli- tak w skrócie.
A tak dłużej-Turcja lat 70-tych XX wieku to kraj zupełnie inny, niż ten, który poznajemy dzisiaj na wakacjach All Inclusive w Antalyi. Gorąca i namiętna relacja głównych bohaterów, Kemala i Fusun, podtrzymywana w zacisznej garsonierze ma konsekwencje o wiele poważniejsze, niż miałaby dziś. Turcja stoi w rozkroku między religią a laicyzacją, tradycją i nowoczesnością. Przedmałżeński seks jest tabu, niszczy reputację dziewczyny i jej rodziny. Nic więc dziwnego, że relacja 30-letniego Kemala z 18-letnią kuzynką Fusun, pochodzącą z niższej klasy społecznej, nie ma przyszłości i nie może się wypełnić.
Główny bohater nadaje się jedynie na odstrzał. Gwałtowną seksualną fascynację młodą dziewczyną postrzega jako miłość. Jednocześnie-nie potrafi z klasą zakończyć związku z inną kobietą, ba, odbywają się nawet uroczyste zaręczyny w stambulskim Hiltonie. Swoim brakiem determinacji, niezdecydowaniem i opieszałością w działaniu unieszczęśliwia narzeczoną Sibel, swoją rodzinę i siebie samego. Kiedy Fusun wychodzi za mąż, nie potrafi z godnością odejść, tylko wciska się na siłę w uporządkowane życie jej rodziny, zbierając na pamiątkę serwetki, papierki, butelki po oranżadzie które Fusun dotykała. Jego obsesyjna zazdrość oplata dziewczynę jak pajęcza sieć. I tak przez cały czas... W powieści niemal w ogóle nie ma przedstawienia wydarzeń z perspektywy Fusun-daje nam to pole do interpretacji własnej. Jej bierność można tłumaczyć dwojako-albo zniewoleniem przez mityczne "co ludzie powiedzą" i strach przed wykluczeniem, albo, do czego ja osobiście się skłaniam, Kemal jest jej całkowicie obojętny, zdaje sobie doskonale sprawę, że jest dla niego atrakcyjna tak długo, jak jest niedostępna i nie ma ochoty nic zmieniać (umówmy się-zakochana kobieta, mająca żywe dowody zaangażowania faceta, gotowa jest góry przenosić).
Geniusz Orhana Pamuka objawia się w tym, że mimo kilkukrotnej chęci porzucenia tej lektury, bo każde posunięcie Kemala było czytelne i klarowne na 3 strony przed, za każdym razem wracałam, żeby dowiedzieć się, co dalej. Stambuł przedstawiony jest w tak magiczny sposób, że wręcz czuje się zapach znad Bosforu... Zawsze bardzo lubiłam książki mocno osadzone w realiach czasu akcji, a tu mamy do czynienia z mistrzowską narracją. tylko dlatego nie zabiłam Kemala.
piątek, 27 lipca 2012
poniedziałek, 23 lipca 2012
Rozmowy z Wolandem...
Chcę zacząć tego bloga od mojej absolutnie ukochanej książki. "Mistrz i Małgorzata".
Pierwszy raz sięgnęłam po nią kiedy miałam 14-15 lat. Już wtedy mnie zaczarowała, ale jej głębszy sens dotarł do mnie dopiero po kilku latach, po bardziej świadomej lekturze. Akcja powieści toczy się na kilku równoległych płaszczyznach czasowych-w Moskwie w latach 30-tych XX wieku i w Jerozolimie w czasach Chrystusa. Obejmuje kilka wątków-wizytę Wolanda i jego świty w Moskwie, historię miłości między Mistrzem i Małgorzatą oraz proces i kaźń Jeszuy. Jakakolwiek próba streszczenia tego dzieła byłaby niewystarczająca i niedoskonała, nie to jest zresztą celem tego bloga-pozwólcie zatem, że podzielę się z Wami "moim"odczuwaniem tej książki.
Bułhakow w mistrzowski sposób rysuje Moskwę lat 30-tych-ateistyczną, biurokratyczną, zblazowaną. Wrzuca nas w świat mieszkań dzielonych przez kilka rodzin, w ciasnotę, w kuchnię w której stoi kilka kocherów, w łazienki z prześcieradłem zamiast kurtynki. Zwykłym mieszkańcom brakuje intymności, poczucia własności, a wszystko to potęgowane jest przez świadomość istnienia małych, zamkniętych grupek, które wszystko to mają w nadmiarze. I tak wkraczamy w świat Massolitu raczącego się przy dźwiękach jazz bandu sandaczem au naturelle, wypoczywającego na rocznych delegacjach twórczych przysługujących przy tworzeniu powieści lub trylogii, zaopatrującego się w sklepach dla uprzywilejowanych. Do tej Moskwy przybywa Woland. I w tym mieście, na Patriarszych Prudach, dowiaduje się, że... nie istnieje. Ludzie widziami oczami Szatana przypominają mrówki w mrowisku, w które ktoś wsadził kij-biegają wokoło bez planu i ładu. Mistrzowskie posunięcia Korowiowa i Behemota burzą ustalony porządek, obnażając ludzkie słabości i małości. Wydaje się, że w tym zepsutym do szpiku mieście nie ma już nic dobrego... Ale jest taka siła, przed którą respekt czuje nawet Szatan. W luksusowym mieszkaniu w zaułku Arbatu samotna kobieta tęskni za swoją wielką miłością, jej ukochany zniknął bez śladu, złamany i stłamszony niesprawiedliwością jaka go spotkała. Zakochana, zrozpaczona Małgorzata gotowa jest zaprzedać Diabłu duszę, byle tylko jeszcze raz spotkać swojego Mistrza. Idzie więc na bal u Szatana, smutna i pusta w środku z rozpaczy, ale wciąż jeszcze zdolna do współczucia... Królowa Margot zostaje nagrodzona za swoją wierność, Mistrz przekonuje się, że rękopisy nie płoną, a Poncjusz Piłat otrzymuje rozgrzeszenie... Ta historia jest tak uniwersalna, tak ponadczasowa, że można by ją przenieść w każde czasy, w każde miejsce. Ukazuje, jak kruchy jest porządek świata, jak niewiele potrzeba, żeby runął jak domek z kart-wystarczy jeden ruch na czarciej szachownicy. Moja najważniejsza refleksja z tej lektury jest następująca-nieważne gdzie żyjesz, w jakim miejscu i czasie-nie ma usprawiedliwienia dla konformizmu, obniżania standardów i krętactwa. Są rzeczy, dla których warto nawet umrzeć. I co najważniejsze-nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie pomoc-kiedy opuszczą cię już wszyscy ludzie, rękę do Ciebie może wyciągnąć sam Diabeł.
Pierwszy raz sięgnęłam po nią kiedy miałam 14-15 lat. Już wtedy mnie zaczarowała, ale jej głębszy sens dotarł do mnie dopiero po kilku latach, po bardziej świadomej lekturze. Akcja powieści toczy się na kilku równoległych płaszczyznach czasowych-w Moskwie w latach 30-tych XX wieku i w Jerozolimie w czasach Chrystusa. Obejmuje kilka wątków-wizytę Wolanda i jego świty w Moskwie, historię miłości między Mistrzem i Małgorzatą oraz proces i kaźń Jeszuy. Jakakolwiek próba streszczenia tego dzieła byłaby niewystarczająca i niedoskonała, nie to jest zresztą celem tego bloga-pozwólcie zatem, że podzielę się z Wami "moim"odczuwaniem tej książki.
Bułhakow w mistrzowski sposób rysuje Moskwę lat 30-tych-ateistyczną, biurokratyczną, zblazowaną. Wrzuca nas w świat mieszkań dzielonych przez kilka rodzin, w ciasnotę, w kuchnię w której stoi kilka kocherów, w łazienki z prześcieradłem zamiast kurtynki. Zwykłym mieszkańcom brakuje intymności, poczucia własności, a wszystko to potęgowane jest przez świadomość istnienia małych, zamkniętych grupek, które wszystko to mają w nadmiarze. I tak wkraczamy w świat Massolitu raczącego się przy dźwiękach jazz bandu sandaczem au naturelle, wypoczywającego na rocznych delegacjach twórczych przysługujących przy tworzeniu powieści lub trylogii, zaopatrującego się w sklepach dla uprzywilejowanych. Do tej Moskwy przybywa Woland. I w tym mieście, na Patriarszych Prudach, dowiaduje się, że... nie istnieje. Ludzie widziami oczami Szatana przypominają mrówki w mrowisku, w które ktoś wsadził kij-biegają wokoło bez planu i ładu. Mistrzowskie posunięcia Korowiowa i Behemota burzą ustalony porządek, obnażając ludzkie słabości i małości. Wydaje się, że w tym zepsutym do szpiku mieście nie ma już nic dobrego... Ale jest taka siła, przed którą respekt czuje nawet Szatan. W luksusowym mieszkaniu w zaułku Arbatu samotna kobieta tęskni za swoją wielką miłością, jej ukochany zniknął bez śladu, złamany i stłamszony niesprawiedliwością jaka go spotkała. Zakochana, zrozpaczona Małgorzata gotowa jest zaprzedać Diabłu duszę, byle tylko jeszcze raz spotkać swojego Mistrza. Idzie więc na bal u Szatana, smutna i pusta w środku z rozpaczy, ale wciąż jeszcze zdolna do współczucia... Królowa Margot zostaje nagrodzona za swoją wierność, Mistrz przekonuje się, że rękopisy nie płoną, a Poncjusz Piłat otrzymuje rozgrzeszenie... Ta historia jest tak uniwersalna, tak ponadczasowa, że można by ją przenieść w każde czasy, w każde miejsce. Ukazuje, jak kruchy jest porządek świata, jak niewiele potrzeba, żeby runął jak domek z kart-wystarczy jeden ruch na czarciej szachownicy. Moja najważniejsza refleksja z tej lektury jest następująca-nieważne gdzie żyjesz, w jakim miejscu i czasie-nie ma usprawiedliwienia dla konformizmu, obniżania standardów i krętactwa. Są rzeczy, dla których warto nawet umrzeć. I co najważniejsze-nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie pomoc-kiedy opuszczą cię już wszyscy ludzie, rękę do Ciebie może wyciągnąć sam Diabeł.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)